Menu

Magazyn zdań

Słucham. Opowiadam.

Baraszki

magazynzdan

Baraszka, jak sama nazwa wskazuje, występuje w przyrodzie jako element niesforny i nieobyczajny.
Towarzyszyła literaturze od zawsze.
I nic się na to nie poradzi.
Dla bojaźliwych - nieznośne.
Dla reszty albo do przejścia obok, albo do pobawienia się rymami i skojarzeniami.​

Egon Schiele Umarmung 1917

motto
Przegrywam z kretesem, do zera
Z fraszkami Sztaudyngera.

Do tego masz talent,
Bym w portkach miał zamęt.

Bardzo lubię filolożki,
Za którymi schadzam nożki.

Uwielbiam młode chemiczki straśnie,
Choć środowisko mają ciut kwaśne

Kasia B. z religioznawstwa
Znana jest z ekstazy sprawstwa.

Groza ogarnia na teologii:
wyglądają jakby chcieli, a nie mogli.

Kochać się się w bibliotekarce?
Chowa fiszki w każdej szparce.

Nawet małym palcem stopy
W sercu czyni mi roztopy.

Ona ma takie śmieszne marzenia,
Żeby mieć olej z pierwszego tłoczenia.

Taka piękna kibić,
Że grzechem by chybić.

Jedna jest miłość, nawet na wakacjach;
Tyle, że w wielu egzemplifikacjach.

Straszna to rzecz
Nie móc, a chcieć.

A... zrobię się szarmancki
Na studiach doktoranckich.

Język paryski
Siostry klaryski.

Dłonie jak młynki
U kapucynki.

Są jako buły
U kameduły.

Taki palec
To bywalec.

Widać po galotach
Żech prziszoł w zalotach.

(pamięci Mai Berezowskiej)
Ile radości
Z otyłości!

Rozkosz zmienia
W lenia.

Najgorsza jest ta myśl trwożna,
Że przepadłbym w tobie, ale nie można.

Wychwalać należy półgębkiem,
Co między udem i pępkiem.

Na znojnej ścieżce żywota
Co zakręt kusi psota.

Niech mi nie pryśnie o Pani marzenie
Kiedy zerwę z niej odzienie...

(pia culpa)
Wyludnienie gdy zagraża
- jest dyspensa od ołtarza.

(bajeczka)
Cóż to za myszka, powiedzcież mi słonka,
Jeżeli nie ma przy niej ogonka?

Bywa, że panny wiosną, gdy kwitnie bez,
Nie oczy mają mokre i nie od łez.

Bywa, że po przyjacielsku
Cielsko pomoże cielsku.

Taka natura twoja, Kaszubie,
Że oprócz łódek – dziewczęta dłubiesz.

Znałem tłumaczki uporczywy znój:
Jak obcy język przełożyć na swój.

Tak wprawną ręką ugniata ciasta,
Że lata do niej mężów z pół miasta.

Męczą cię amory żony?
Wkładaj na noc kalesony.

Nie znoszę rozpusty i wszetecznictwa
...bez mojego uczestnictwa.

Myślała, że on wzdycha, że to znak miłości,
A on się od uścisków nabawił duszności.

Nie trzeba mi na święte innego dowodu:
Wznoszę oczy ku niebu i widzę je. Od spodu.

Przysięga ust bywa bardziej stała,
Niż przysięga ciała.

Z takim gwoździkiem?
Zostań zakonnikiem!

Ile walki, ile pracy,
Żeby dostać coś na tacy!

Pozycja boczna ustalona:
On-wygibas-zgięcie-ona.

Pieszczę końcem wyobraźni
Czuły punkcik twojej jaźni.

Oj, niewiele zdziała piką, 
Kto się para polityką.

Oddałbym ci wszechświat cały,
Gdyby mnie twe palce chciały.

A gdyby nam udało się wreszcie,
Splątalibyśmy się w węzłów dwieście.

Powinienem się nazywać Rylski,
Taki jestem wszędobylski!

Tęsknię za kształtami których nie poznałem,
Tęsknię za smakami, choć nie kosztowałem.

Chciałbym być - no nie wiem - foką!
Wskoczyć w nią jak w toń głęboką.

Tak mi się coś marzy
Ratować cię na plaży.

Prawda, że piękne może by życie,
Gdy świt nas zastaje na szczycie?

Taką ot, zabawę mam tu dla nas nową:
Zrób sobie ze mnie kartę zbliżeniową.

Ludzi czasem razi gra słów śliska,
Lecz co poradzisz na rym, gdy wytryska?

Dzięki Ci, Boże, za tę rzecz:
Dałeś nam płeć!
 

 


Obraz: Egon Schiele, Umarmung (1917) [żródło: commons.wikimedia.org]

Przystawki

magazynzdan

Przystawka jest czymś niezobowiązującym. Jeśli trafi się smaczna - wzmaga wyobraźnię.
​I tylko po to jest.

legalne_szalenstwo_71
VI
Jesteś tak miodem i mlekiem płynąca.
Złotym miodem smarujesz chleba naszego powszedniego.
W mleku skąpane baszty, w których sypiam.

VII
Dzikie stada origami wyfruwają
​ze stołu czarnookiej.
Twoje zwinne dłonie przywołują 
rozbawionych młodzieńców.

X
Śniadanie na trawie w sąsiednim sadzie.
Choć sąsiadeczka całkiem miła, 
Nie skosztowała z mojego półmiska.

XVII
Pod moim biurkiem mieszka mysz,
której nie straszna noc, ani moja noga.
Będę jej brakował.

XIX
Przysiadłem nad chrząszczem, 
który szedł po żonę. 
Zupełnie sam przysiadłem.

XX
Przed nowiem przystrzygam trawę, 
chowam narzędzia do szopy.
Niebo oto mam przejrzyste, tańczę i wznoszę modły.

XXII
Młoda córka znachora, o imieniu Sana,
uczesała włosy.
Pięknieś uczesana!

XXIII
Pachniała migdałem i chłostała go ziołami.
Uzdrowienna gejszo!
Szczęśliwe gałązki!

XXVI
Zaklęty w wiolonczelę
Słucham koncertu, który na mnie wygrywasz 
Smyczkiem gładkiego warkocza

XXVII
W pachnącej ściółce
niewielki żuk nie zdaje sobie sprawy, 
że pan od przyrody wie o nim znacznie więcej.

XXVIII
Ephraim nie miał żony, ale miał kota.
I żadnych innych zmartwień do Świętego Jedynego.

XXX
Ephraim nałożył świeżą szatę, 
umył dokładnie stopy
i wyszedł ucałować ziemię, którą dał mu Pan, by nią władał

XXXIII
Ephraim uderzył głową o półkę.
Zamiast kląć na stolarza,
przeraził się swoją nieostrożnością.

XXXIV
Ephraim jest wariat. 
Na głównym placu miasta ukąsiła go pchła,
jakże on się cieszył, że spotkał żywa istotę!

XXXVI
Szata zdobi kobietę,
a ja nie lubię zdobionych figur, 
lecz czyste drewno.

XXXVII
Świeca prawie się dopala;
coraz mniej cię widzę, 
coraz bardziej cię czuję

XXXVIII
Niewielka, mądra kura,
Zniosła jajo. O, proszę!
Już idzie gospodarz z koszem.

XLIII
Powracając zza gór, na progu swego domu
chciałbyś zobaczyć jeszcze niezdeptane ślady wychodzących stóp

XLV
Dusza umiera, gdy Bóg zasypia.
Nie zanudzaj Go; 
niech raczej nie posiada się z zachwytu

XLVI
Sypię ziarenka do pustej klatki.
Nie mam odwagi zniewalać, za to mam oswojone miejsce

XLVII
Pani po kąpieli czesze długie włosy,
zachwycony czekam, stęskniony i bosy

XLIX
Może polubię chłodne wieczory?
Przychodzisz z gwiazdami
i próbujesz rozgrzać zmarznięte ciało

LII
Z zadziwieniem patrzę, 
jak niema dziewczyna tka słowa,
kręcąc dłońmi jak przy krośnie

LIII
Ciepłymi ustami okrążam 
twój pępek
świata

LIV
Jesteś jak to grono winne;
kusisz słodko i niewinnie

LVII
Nogami, na chmurze, macha anioł kochany;
beztroski, naguśki, 
anielsko zalany

LIX
Kiedyż zawołam cię po imieniu, 
piękny i kształtny,
pachnący cieniu?

LXII
Piękną masz cechę moja wanno:
Cudnie wyglądasz wypełniona panną.

LXIII
Stoi w pokoju zepsuta szafa,
skrzypi i sapie –
stolarska gafa.

LXIV
Zaszedłbym już za twe progi
Ale ciągle szukam drogi

LXVII
Rankiem.
Znów za dużo o kieliszek:
obok leży bazyliszek.

LXXI
Zbudziłem się rankiem dla pisania wierszy.
I nie wiem: ptacy, czy ja byłem pierwszy?

LXXII
Tak zabawnie 
Żonglujesz łzami 

LXXV
Idziemy ku sobie jak linoskoczkowie:
Dotyk po muśnięciu, rozmowa po słowie

LXXX
na tropach stóp które przeszły
dziwię się kamienicom
ślepe nie poszły za tobą

LXXXI
Byłbym cię kochał, byłbym adorował

Gdybym ja na inną, ech, nie zachorował

LXXXII
Wrzucam ci w ogródek drugi koniec tęczy
Może dzięki temu zgodzisz się zaręczyć?

LXXXIV
Dzielimy oddechy o czwartej nad ranem.
Kto by tam się męczył niepotrzebnym spaniem.

LXXXVI
Nie ma Bóg teściowej, nie ma także żony:
Niczym w swej wszechmocy nie jest zagrożony

LXXXVII
Dajmy sobie zamiast złości
Małe ziarenka radości

 

 

Pustka

magazynzdan

To, czy pustka jest wielka czy mała, nie jest tak bardzo ważne.
Prawdziwa pustka to niewielkie miejsce w tobie, starsze od wszelkiego pocieszenia i zrozumienia.

Budzisz się zanim zasypiasz. I tak jest po prostu. To nie towarzyszące ci od czasu do czasu poczucie, że czegoś lub kogoś brak, że nie ma gdzie być powinno, że było, a nie ma lub nie będzie choć jest. To miejsce, przez które nic nie widać, bo niczego nie ma. To ślepa plamka na twoim przyzwyczajeniu, że nawet, jeśli czegoś nie ma, to tylko dlatego, że akurat tu i teraz tego nie ma. Pustka nie oddziela ani nie łączy, bo nie jest pauzą w czasie i przestrzeni. Nie jest brakiem czucia.

Ta pustka być może zaprowadzi cię do końca. Ale zaprowadzi właśnie ciebie. Bo to ona nie pozwala zlepić cię z innymi, z czasem i miejscami. Nie pozwoli zalepić cię w sobie, bo zawsze będzie to, co nosisz, choć nawet nie możesz tego złapać ani opisać. I to tylko twoja pustka. Inni, choć mają swoje, nie mogą jej ani dotknąć, ani zniszczyć, ani nawet opisać. Bo jak opisać coś, czego najbardziej nie ma?

Budzisz się, zanim zasypiasz. Tracisz nadzieję, nim pojawi się jej powód. Wydychasz bez wdychania. Uciekasz nim, zobaczysz co goni. Ślepniesz, zanim wejdziesz w blask.

Chciałbyś roztoczyć wokół niej modlitwę o ukojenie. Ale nie zrobisz tego, bo pustka była w tobie, zanim przyszli bogowie.

Gra w kości

magazynzdan

Na cmentarzu spotkasz dozorcę ze zgubionymi kluczami do nieba, jamnika Cerbera w wełnianym kubraku i Leopolda Styksa – hydraulika, który od czasu do czasu wymienia uszczelki między dwoma światami. Myślałby kto, że to dwa różne kraje! A przecież tylu tysiącleci żadna rura i żadne kolanko bez konserwacji nie przetrzyma. Tu więc kapią ludzkie zwyczaje na anielskie stopy, tam lekko przecieka piekło na ziemię.

Do roboty zgłosili się z ogłoszenia. Na klepsydralnym papierze ktoś napisał po prostu: Do pracy nad pamięcią przyjmę. A że trafiło na bywalców pchlich targów, memuarów i epistolograficznych trotuarów – to i nie trzeba było długo czekać. Szkopuł w tym, że żadnych narzędzi pracy nie dają na małych cmentarzach, choć roboty tu od cholery. Jedna, mała szafka za budynkiem administracji, w którym zresztą jedynie myszy administrowały podrzucanym serem i zakurzonymi aktami (oczywiście, że zgonu, bo malarskie akty cmentarne nazbyt przypominają martwą naturę). A w szafce mała torba z apteczką ostatniej posługi, ręcznym (i dziurawym) inspiratorem i zestawem do reliteracji werbalno-wyobraźniowej.

Pierwszego dnia porzucili apteczkę ostatniej posługi, słusznie uznając, że zaczynać od ostateczności jest pomysłem pozbawionym sensu i ducha. Inspirator był z kolei tak dziurawy, że każde tchnienie bezwładnie rozpływało się nad grobami jak rzadka, poranna mgła, która osiada rosą tak cienką, jak humor współczesnych rzezimieszków telewizyjnych scen kabaretowych. Pozostał zestaw do reliteracji, brak orientacji w rozkładzie kwater i czas na rozmowy pośród wykrzywionych drzew.

​Robotę zaczynali od obchodu tego, co zostało po dawnej łączce, przegrzebanej teraz w poziomie na wysokość pionu przeciętnego, byłego człowieka. Kwatery były różne. Ogrodowe, śliczne niemal, z zastygłymi w drewnie ptakami; były te zwykłe, otoczone trawą i te zupełnie tujowe, bo osłaniające wysokimi krzewami zapadłe epitafia i rozstępy szarych płyt. Po obchodzie sprawdzali jeszcze stan uszczelek między światami i brali się do uczciwych zadań.

​Po pierwsze – drugie śniadanie. Kiedy jedli pierwsze? Nad ranem, kiedy budziły ich ptaki i dzwonki na oknie. Że śniadali w sypialni i mało spożywczo, to już nie należy do tej opowieści. Po drugie – kawa i ciastka. Po trzecie – robota właściwa, a to oznaczało różności. ​Trzeba było od rana pilnować jako takiego porządku. Już Leśmian wiedział, że obyczaje pośmiertne dziczeją. Ten zaś, kto wymyślił frazę „wieczny odpoczynek” nie miał pojęcia, zaprawdę powiadam, o czym mówi.

To, co dzieje się po drugiej stronie przechodzi zazwyczaj pojęcie świata i to przez to, a nie dla jakiejś metafizycznej mrzonki mówimy za-światy. Przede wszystkim panuje znaczne rozluźnienie. Po początkowym spięciu i nieco sztywnej atmosferze, kolejne dusze uwiedzione przez kostuchę biorą wreszcie pierwszy głęboki bezdech i zaczynają się obracać. Nie, nie w żaden proch. Obracają się w różnych towarzystwach, obracają pokątnie dobrymi i złymi uczynkami. No co. Normalna waluta. Musieli tylko pilnować, żeby za bardzo nie spekulowali tymi obolami sumienia. W sądach ostatecznych nie tylko Temida, ale i Sędzia coraz bardziej ślepł, więc i pokusa przekrętów większa.

Poza pilnowaniem porządków mniejszych i większych pomagali w drobnych szwindlach. Przemycali wskrzeszone znaczenia między grobami jak sensy między wierszami. Za dobre rymy jedni byli wstanie odsprzedać tomy średniowiecznej metafizyki, inni za kilka przeszmuglowanych tu westchnień oddawali dobre miejsca przy szczelinach czyśćca. Od dusz duszno tam jak w saunie, więc i popatrzeć czasami było na co od czasu do czasu. Pulmanom (tak mówili na tych, co pomarli na płuca) przemycali pod płyty machorkę, którą hodowali jako bluszcz na zachodnim murze cmentarza, a czasami dorzucali nowe fifki. Niemowlakom nieborakom, co pomarli nim świat ich znużył, po kryjomu wsuwali kaszkę, podsypkę i szałwię na wyrzynające się zęby. Nie dlatego, żeby czegoś z tego potrzebowały, ale żeby utwierdzić, że nie mają aż tak bardzo czego żałować. Kochankom, których łaskawy los i niedopatrzenie rodzin położyły obok siebie, zapalali pod kamiennymi kołdrami świece i podrzucali dywaniki, żeby choć nieco ochocze klekotanie wyciszyć.

Czasami przysiadali nad grobami grajków cygańskich, by pozbierać okruchy po ucztach muzycznych, jakie nad ich doczesnymi futerałami urządzała życzliwa pamięć. Scherza i oberki lały się wtedy strumieniami w podziemne rzeki i wpadały w wir wiecznych melodii. Nad ranem wysyłali tabory pamięci w świat, gdzie przypominały o prostych kształtach koła i odwiecznej tułaczce dusz.

Zimą sypali popiół spalonych bibliotek wojennej Warszawy między kwaterami Marianów, Kazików i Jeremich, by wyrysować mapę nieistniejących miast wyobraźni z czasów, kiedy żyły pełnią rymowanych oddechów. Latem przenosili z mogiły na mogiłę rymujące się światłocienie i wpadające w siebie odcienie wersów. Rozdzielali partie ptasiego libretta mniej więcej sprawiedliwie na każdą ciszę kwitnącą nad kwaterami wczesnym rankiem. Po kryjomu, na wyraźne życzenie, kończyli niedokończone poematy. Tym, którym za życia nie brakowało mocnej pewności, dopisywali wielokropki i pytajniki na koniec zdań ostatecznych – przynajmniej taką ulgę mogli im przynieść.

Na skrzyżowaniu czasów leżał u podstaw świata Stefan. Miał nie tylko głowę do pisania, ale i do pozłoty,
​i do rzeźbienia, bo do tego miał raczej czaszkę, niż do pozowania na piracką banderę. Łapali mu przepióreczkę, bo świat czy zaświat – jeść trzeba.

Pod dobrze zagranym epitafium, nieskarżąca się na swój los aktorka scen zazwyczaj przyzwoitych śpiewała swojej zamyślonej siostrze:

Cmentareczko, powiedz przecie:

najpiękniejszy kto w zaświecie?

A ta odpowiadała cytatami jej z Heideggera, Derridy i obrazami wspomnień z przedłużonych wakacji na powojennej Syberii. Ciekawe, swoją drogą, że gdzie wojna nie dotrze, tam swoje dzieci pośle. Zima w miastach matki cywilizacji była wtedy dziko czerwona, tam zaś bieluchna taka, spokojna i z radością przytulała dzieci lodowatymi barakami.

W kulisach tej samej kwatery aktorzy, którzy dograli do końca ostatniego aktu i naświetlone do ostatniej klatki taśmy. Od Jeremiego przynosili tu komedie do nabożeństwa, a od Kazika, który był przecież Antonim – ich przekłady na martwy język. Czasami, kiedy dusze niewierne uciszały swoje szumienia między brzozami, słychać było kociniakowe, miękke kroki. I szepty powtarzanych ról aktorów prowincjonalnych. A że scena nie zawsze popłacała, a że ta i ów czasami wyjął z worka sumienie, żeby zrobić miejsce na kradziony chleb, to po swojemu i w imieniu reszty, na wszelki wypadek, co dzień intonowali jutrznię dusz, którym maski nie obumarły:

Tani odpoczynek racz nam dać.

Dranie.

Poza tym, oczywiście, wszyscy grają tu w kości.

 

Drzwi

magazynzdan
"Jak to możliwe, że ludzie przez te same drzwi wchodzą do zupełnie innych domów i zamykając zamek takim samym kluczem wychodzą na zupełnie inne światy?
 
...z niepomyślanej książki "Drzwi",

© Magazyn zdań
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci